Ornitologiczny (i ratowniczy) rejs po Wiśle.
Wpisany przez Krystyna Inowolska   
czwartek, 15 września 2011 19:33

12 września 2011 klasy VIb i VIs wybrały się na wycieczkę statkiem po Wiśle.

Na pokładzie przywitała nas pani Dorota Zielińska, przewodniczka, ornitolog ze Stołecznego Towarzystwa Ochrony Ptaków. Odbiliśmy od brzegu i po krótkim dzieleniu się wrażeniami (nazwijmy rzecz po imieniu – gadaninie o jedzeniu, piciu, grach) zaczęliśmy słuchać opowieści o Warszawie, Wiśle, nadrzecznych łęgach, które są siedliskiem różnorodnych gatunków ptaków. Dostaliśmy lornetki i mogliśmy obserwować: mewy, czaple, kormorany, gniazda jaskółek.

Wiemy, gdzie trzeba pójść, żeby w mieście zobaczyć bobry.

W przerwie rejsu mogliśmy pobiegać po plaży na wysokości Zawad.

W czasie, gdy my biegaliśmy po nagrzanym piasku, nasz statek zamienił się w jednostkę ratowniczą.

Przytoczę tu słowa pani Doroty Zielińskiej:

 

Szanowni STOPowicze i Sympatycy Ptaków,

Dzisiaj nieoczekiwanie napiszę nie o ptakach, ale o psie. Jak wiecie STOP zapewnia przewodników-przyrodników na edukacyjne rejsy przyrodnicze po Warszawskiej Wiśle. Podczas poniedziałkowego rejsu wyłowiliśmy z Wisły psa. Chyba ktoś chciał go utopić. Widzieliśmy na brzegu faceta, który najpierw na niego patrzył z wysokości kilku metrów betonowej ściany nad wodą, a potem się schował. A pies rozpaczliwie próbował wdrapać się na pionowy beton. Nasza akcja nie była łatwa, statek musiał ostro manewrować, żeby do niego dopłynąć i go nie zmiażdżyć.

Ponieważ jest to niejako pies wiślano-edukacyjno-ornitologiczny;) - zaopiekowałam się nim. Jest dość młody (2 lata?), ładny, najwięcej ma z dalmatyńczyka;). Miał na sobie mnóstwo kleszczy, dwie rany (w tym głęboką, ciętą, koło ogona), kulał, był w szoku. Niestety kleszcze zaraziły go psią chorobą odkleszczową - babeszjozą. Obecnie jest po trzech wizytach u weterynarza, badaniu krwi, dwóch rentgenach, dwóch kroplówkach, dziesięciu zastrzykach, lekach na babeszjozę...i nie pamiętam co jeszcze;). Nocuje u nas w biurze. Przed nim, w ciągu doby, kryzys, jaki często wywołuje leczenie babeszjozy. Jeśli wyzdrowieje (życzcie mu tego!), to za miesiąc
będzie do adopcji. Jeśli przetrwa kryzys - wyślę Wam jego zdjęcie.”

 

Jak wynika z powyższej relacji, wracaliśmy do portu z pasażerem na gapę. Biedna psina została zamknięta w toalecie.

Tu muszę pochwalić naszych uczniów. Kiedy dowiedzieli się, że płynie z nami pies po tak okrutnych przejściach, zachowywali się naprawdę cicho, żeby nie dodawać mu kolejnych cierpień.

I tak opowieść o ornitologicznym rejsie zmieniła się w opowieść o psie.

Gdyby ktoś chciał zaopiekować się ocalonym zwierzakiem, proszę o zgłoszenie się na dowolnej przerwie do sali nr 47.

foto: Jolanta Sonnenburg