Wycieczka do Krakowa
Wpisany przez Krystyna Inowolska   
poniedziałek, 10 października 2011 20:44

Wszystko zaczęło się od mojej wycieczki do Krakowa. Zwiedzałam podziemia Rynku Głównego, usłyszałam przewodnika oprowadzającego jakąś wycieczkę i oczywiście dołączyłam się do niej.

Na szczęście ani wycieczka, ani przewodniczka nie przegonili mnie, więc mogłam posłuchać niezwykle ciekawej opowieści i... wpadłam w zachwyt. Dawno nie spotkałam tak dobrego przewodnika. Pani Bogumiła Czerwińska (imię i nazwisko miała wypisane na plakietce) ze swadą, piękną polszczyzną, dowcipnie przekazywała informacje o wszystkim, co widzieliśmy w muzeum. Pobiegłam za nią i zapytałam, czy oprowadza też grupy szkolne, bo jeśli tak, to ja przyjadę ze swoją klasą.

Tak też się stało. Spędziliśmy w Krakowie trzy dni.

Poniżej zamieszczam wypowiedź swojej uczennicy, która w ramach comiesięcznych wypracowań na dowolne, wybrane i wymyślone przez uczniów tematy podzieliła się swoimi wrażeniami z wycieczki.

Jeszcze tylko podziękowania.

Dziękuje pani Monice Wyszyńskiej za pomoc w zorganizowaniu wyjazdu i profesjonalną opiekę nad dziećmi w trakcie wycieczki.

Szczególne podziękowania należą się uczniom, uczestnikom naszej wyprawy. Przewodnik z Wieliczki powiedział, że dawno nie oprowadzał tak grzecznej i mądrej grupy. W nagrodę zaprosił nas na poziom, którego „normalni'” turyści nie oglądają. Co tu dużo gadać, zamiast dwóch  spędziliśmy w kopalni pięć godzin, z przerwą na obiad.

Pani Bogusia też podziwiała warszawiaków. Jeśli ktoś nie wierzy, dysponujemy dowodami.

Po prostu było wspaniale.

Informacja dla nauczycieli. Wróciłam wypoczęta.

Wychowawczyni kl.VIs i opiekunka Klubu Ludzi Myślących

Krystyna Inowolska

A teraz oddaję głos Malwinie Wyszyńskiej:

Mój Kraków

Zastanawiacie się, skąd taki tytuł u rodowitej warszawianki, która zobaczyła to miasto zaledwie parę dni temu i... zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia.

Kraków zaczarował mnie już od momentu, gdy wyszłam z dworca na roziskrzoną kolorowymi światłami neonów krakowską nocną ulicę. Pomimo że to ogromne miasto, było wokół wyjątkowo spokojnie. Pierwsze zadziwiły mnie uliczki – wąskie, jednopasmowe, ale mimo to mieszczące jeszcze oprócz samochodów tramwaje, ciężarówki, nawet miejsca parkingowe... Nasza baza noclegowa nie była może najładniejsza ani też zbyt luksusowa, ale mieliśmy tam tylko spać, a spało się bardzo dobrze.

Pierwszy poranek był dość nerwowy, bo bardzo spieszyliśmy się na spotkanie z przygodą, a konkretnie do Wieliczki na zwiedzanie kopalni soli... Jednak i w tym pośpiechu było coś niezwykłego. Zatłoczone ulice, hałas przejeżdżających tramwajów – cały ten zgiełk zupełnie nie denerwował. Pierwsze spostrzeżenie, które do mnie dotarło, to porządek i czyste ulice; potem oczarowały mnie małe sklepiki, pięknie udekorowane witryny i wszystko „pod ręką”. Wieliczka też urzekała swoim klimatem. „Dotknęliśmy” w niej historii, zamkniętej pod ziemią i nie wszystkim dostępnej na co dzień. Ale miało być o Krakowie...

Spacer nad Wisłą i odpoczynek na wawelskim wzgórzu po całym dniu biegania podziałał niezwykle odprężająco. Jeszcze tego samego wieczoru pojęliśmy wysiłek dotarcia pieszo do dawnej żydowskiej dzielnicy Kazimierz. Miejsce to kojarzyć się będzie z aromatem zapiekanek na malutkim rynku... może dlatego, że byliśmy już głodni, a może z innego powodu...

Kolejny dzień w Krakowie przybliżył nam prawa fizyki, z którymi stykamy się na co dzień, nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Nauka na świeżym powietrzu połączona z poznawaniem ciekawych zjawisk z naszego otoczenia poprzez zabawę – cóż przyjemniejszego i fajniejszego mogło nam się trafić! Popołudniowy wypoczynek pozwolił zregenerować siły i wieczorem odkrywaliśmy kolejne uroki Krakowa – piękny zachód słońca nad Wisłą, który rozświetlił Wawel na pomarańczowo, przycumowane do brzegu kolorowe stateczki wycieczkowe, a także ogromny balon unoszący się nad rzeką z napisem: KOCHAM KRAKÓW. Ja też tak o tym mieście zaczęłam myśleć...

Ostatni dzień tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Mieliśmy cudowną przewodniczkę po Krakowie. Rozbudziła w nas ciekawość poznania nietypowych i czasem zaskakujących, śmiesznych lub zupełnie odrażających faktów z naszej historii, z historii Krakowa. Żałuję, że nie jestem w stanie zapamiętać tych wszystkich opowieści.

Urzekło mnie wnętrze Kościoła Mariackiego, ale też tętniące życiem, choć od lat martwe, podziemia rynku.

Ostatni wieczór w Krakowie dostarczył jeszcze wielu nowych wrażeń. Odkryłam pod Sukiennicami, a właściwie w ich wnętrzu, niesamowite, maleńkie i trochę większe, kolorowe kramiki, wypełnione po brzegi mnóstwem pamiątek: figurek z podobizną wawelskiego smoka, dzwoneczków, dzbanuszków, koszulek z nadrukiem, pięknych futrzanych kamizelek, czap i kapci, i mnóstwem jeszcze innych drobiazgów... a na rynku młoda para zdążyła jeszcze przed zachodem słońca zrobić sobie sesję fotograficzną. Po zmroku mój Kraków wydał mi się jeszcze piękniejszy i bardziej tajemniczy. Magię podkreślił pokaz kilkorga młodych ludzi – pewnie studentów – którzy tańczyli z ogniem, w różny sposób go prezentując. Można było zapomnieć o bożym świecie, jak mawia moja mama...

Trzy dni wystarczyły, abym pokochała Kraków jak swoje miasto. Te wszelkie odwiedzone miejsca uświadomiły mi, jak wiele jeszcze jest do obejrzenia, jak wiele miejsc do odkrycia, ile tajemnic do rozszyfrowania...

Kiedy byłam w kopalni, do jednego z jeziorek wolno było  wrzucać drobne pieniążki, jeśli, jak przyjęto powszechnie, chciałoby się wrócić jeszcze raz do zwiedzanego miejsca. Jak się domyślacie, i mój pieniążek tam „wylądował” - nie tylko mój.

Krążąc po Krakowie przez te kilka dni, wiele razy mówiłyśmy z koleżankami: „mogłabym tu mieszkać”, „przeprowadzę się do Krakowa”, „jak tu fajnie”... Szkoda, że moja przygoda z Krakowem była tak krótka, ale mam wrażenie, że nie skończyła się i szybko się nie skończy. Wrócę do mojego Krakowa, by odkryć w nim ukryte i nieznane zakątki... żeby się jeszcze bardziej w nim zakochać. W Krakowie zostawiłam cząstkę siebie, dlatego muszę i chcę tam wrócić... bo to już jest MÓJ KRAKÓW!